#matkanapetardzie 2: Najlepsze pomysły rodzą się w garażu u teściowej. Historia Basi z The Bee Joy.

Z Basią właścicielką The Bee Joy, „spotkałyśmy się” w jej pracowni w Rembertowie. Ściany świeżo wymalowane – widać, że Basia dopiero się w niej urządza. Rozmawiałyśmy kilka godzin, a dziewczyna cały ten czas pracowała –

Z Basią właścicielką The Bee Joy, „spotkałyśmy się” w jej pracowni w Rembertowie. Ściany świeżo wymalowane – widać, że Basia dopiero się w niej urządza. Rozmawiałyśmy kilka godzin, a dziewczyna cały ten czas pracowała – szlifowała, olejowała, polerowała swoje sensoryczne heksagony. Zajęta zawsze, wiecznie „na robocie”. Jak nie tworzy – to wymyśla. Główka pracuje 25h na dobę. Prawdziwa #matkanapetardzie!

Ładnie tu u Ciebie! Wynajęłaś lokal, bo potrzebowałaś własnej przestrzeni?

Tak! Moje początki były przy kuchennym stole. Siedziałam wieczorami (późnymi wieczorami), kiedy Józia [córeczka] już szła spać. Pracowałam wtedy nad pierwszymi prototypami. Przy okazji zastanawiałam się nad całą ideologią. Nad tym, co ma nieść ze sobą ten projekt i do jakich osób chcę trafiać. Co chcę przekazać poprzez swoje produkty.

I jaka była Twoja wizja?

Od kiedy zaczęłam grzebać w tematach sensorycznych bardzo szybko dotarłam do tematu ścieżek sensorycznych. Bardzo zależało mi, żeby cały koncept oprzeć na naturze i bliskości z nią. Chcę, żeby dzieci uczyły się szacunku do niej. Kształt heksagonu też ma swoją symbolikę. Ten kształt zawsze kojarzył mi się z miodem i pszczołami, a zatem z cyklem natury. Wiedziałam, że to strzał w dziesiątkę!

Po miesiącu życia wśród kartonów z różnymi materiałami do produkcji heksagonów (rozsypanymi kamieniami, fasolą, muszelkami), mój mąż miał dość tego bałaganu. Nasz salon wyglądał jak magazyn! Zaczęłam wtedy myśleć, gdzie mogę przenieść się z pracą.

Ile miesięcy miała wtedy Józia?

7 miesięcy. Przez to sytuacja była utrudniona. Musiałam być na tyle blisko, żebym mogła zawsze w nocy szybko wrócić do Józi, żeby ją nakarmić. Do dnia dzisiejszego karmię ją zresztą piersią, z czego jestem ogromnie szczęśliwa. 🙂

Jak rozwiązałaś sytuację z pracownią?

Mąż zaproponował, żebym przeniosła się do garażu teściowej, która mieszka od nas 700 m. Była to dość ciekawa propozycja, z której oczywiście bardzo szybko skorzystałam. Dzięki temu nasz dom znów wyglądał jak dom.

Wow! Można powiedzieć, że zaczynałaś w garażu jak Steve Jobs! 😃 Tylko, że on miał łatwiej, bo nie miał niemowlęcia na stanie… 😉

To prawda. Bywało ciężko. W garażu pracowałam głównie wieczorami. Nocami czasem bywało tak, że Michał do mnie dzwonił i mówił, że Józia płacze, chce jeść. Szybko wsiadałam w samochód, przyjeżdżałam, karmiłam, lulałam i po chwili znowu wracałam, żeby jak najszybciej doprowadzić produkt do etapu gotowości do sprzedaży.

Nie były to rewelacyjne warunki. Możesz się domyślać, jak wygląda praca w garażu nocą. Brak świeżego powietrza, kiepskie oświetlenie, różne temperatury powietrza, brak łazienki. No i ten strach, że za chwilkę zapuka do drzwi jakiś menel albo policja i będę miała problem.😂

Nie doceniłam Cię! Determinację to Ty masz o wiele większą niż jakiś tam Steve!

Żebyś wiedziała, bo cały know-how produkcji powstał właśnie w tych nocnych godzinach – w garażu i przy kuchennym stole. Tam opracowywałam metodę działania, testowałam techniki, sprawdzałam różne tworzywa oraz surowce. Szczerze mówiąc, przeszłam bardzo długą drogę i jak przypomnę sobie, jakie były moje początki, jak wyglądały pierwsze prototypy, to łapię się za głowę.🤣 Teraz, po ponad pół roku działania, w 100% dopracowałam swoje produkty i jestem z nich naprawdę dumna.

Ile wytrzymałaś w garażu?

W garażu pracowałam kilka miesięcy, aż do oficjalnego otwarcia mojej działalności. Premiera kolekcji sensorycznej odbyła się zgodnie z moją obietnicą w pierwsze urodziny Józi, w Parku Leśnika na Pradze, gdzie świętowaliśmy wspólnie z rodziną i przyjaciółmi.

Wtedy ogłosiłam wszem i wobec, że zostaje „biznes woman sensoryczną”. 😉

Zdjęcie archiwalne z 1szych urodzin Józi

Jak zareagowali? Teściowa nie pisnęła ani słowem przed premierą kolekcji?

Nie pisnęła, bo nie miała świadomości, że robię coś „aż tak ważnego”. Wiedziała, że tworzę nowatorskisensoryczny projekt dla dzieci, ale o więcej nie pytała.

Reakcje bliskich, którzy o niczym nie wiedzieli, naprawdę dały mi później motywację do działania. Wśród gości były też mamy w podobnej sytuacji do mojej. Chodzi mi o mamy na końcówce urlopu macierzyńskiego, zastanawiające się nad swoją drogą życiową. Czułam ogromne wsparcie, radość i uznanie, że udało mi się nocami doprowadzić do finalizacji takiego pracochłonnego konceptu.

Rozumiem uznanie tych mam. Pamiętam siebie w pierwszym roku macierzyństwa i nie jestem w stanie sobie wyobrazić, skąd wzięłaś na to wszystko siły?

Byłam wykończona i w dalszym ciągu jestem. Często zabieram niektóre prace do domu, mając nadzieję, że na pewno tym razem uda mi się popracować przy Józi. Zwykle kończę z dzieckiem na kolanach, w pocie czoła pakuje rzeczy do wysyłki, kurier już na klatce schodowej, a ja nie mam jeszcze wydrukowanych etykiet! Najciężej było, kiedy Józia była malutka i potrzebowała nocnych karmień i większego kontaktu ze mną. Dodatkowo moja wieczorna praca była uzależniona od powrotu męża z pracy, który pracuje do późna. To dawało mi jednak jeszcze większego kopa do działania. Chęć wypracowania własnego sukcesu i rozwinięcia biznesu uniezależnionego od kariery męża.

A gdzie pracowałaś przed urlopem macierzyńskim?

Z wykształcenia jestem żywieniowcem po akademii medycznej. Praktycznie już od czasów studiów pracowałam w gastronomii jako menadżer. To była moja pasja, moje życie. Bardzo kochałam to, co robiłam. Niestety po kilku latach pracy na kierowniczych stanowiskach i wyjściu za mąż okazało się, że praca w gastronomii nie jest taka idealna. To praca w święta, weekendy i zawsze wtedy, kiedy kelner nie przyjdzie do pracy. Cały czas musiałam być pod telefonem.

Już wtedy myślałaś o własnej firmie?

Zawsze gdzieś z tyłu głowy miałam chęć stworzenia własnego biznesu. Czułam, że muszę jeszcze poczekać, ale w życiu bym się nie spodziewała, że wpadnę na to akurat po urodzeniu dziecka!

Prowadząc The Bee Joy też jesteś cały czas w pracy – tak samo jak w gastronomii! Nawet teraz pracujesz, gdy rozmawiamy! 😆 Jaka jest różnica?

Różnica polega na tym, że jest to zupełnie inna jakość pracy. Wiesz, że pracujesz na swój indywidualny sukces. Ile włożysz, tyle wyciągniesz. Nie potrzebujesz nikogo patrzącego na ciebie z góry, żeby się rozwijać. Własna działalność to wyzwanie, ale też niesamowita szansa rozwoju. Człowiek dopiero wtedy poznaje swoje możliwości, swoją siłę. Kobieta ma w sobie ogromną moc, ale żeby ją odkryć potrzebuję znaleźć się w niekomfortowej sytuacji, aby chcieć uruchomić swój potencjał.

…i Ty uruchomiłaś go zaraz po porodzie. Miałaś jakieś inne pomysły na biznes, które schowałaś do szuflady?

Generalnie po ślubie miałam kilka pomysłów na biznes. Niektóre nawet zaczęłam trochę realizować, ale w żadnym z nich nie czułam tego, co teraz. Nie miałam takiego poczucia, że to jest moje, że to już, że to jest TO. Szybko potem okazywało się, że albo traciłam do tego zapał albo że ktoś już wpadł na taki pomysł i to w jeszcze lepszym wykonaniu.

Natomiast po porodzie Józi to był pierwszy pomysł, na który wpadłam! Pamiętam, że jak zaczęłam mieć myśli o tym koncepcie, to w myślach aż przebierałam nogami z zachwytu i radości! Nie mogłam doczekać się rozpoczęcia realizacji i nigdy nie czułam czegoś podobnego życiu.

Jak oceniasz swój biznes teraz?

Po dwóch miesiącach od premiery stworzyłam profile w mediach społecznościowych j zrobiłam stronę internetową. Kiedy zobaczyłam, jak szybko spływają zamówienia i że faktycznie ten pomysł może się sprawdzić i mieć potencjał na skalę międzynarodową, zaczęłam szukać prawdziwej pracowni. Musiałam mieć lepsze warunki pracy, żeby produkty były naprawdę wysokiej jakości. Na tym najbardziej mi zależy. Już mam wszystko bardzo ładnie poukładane, mam zaufanych dostawców i sprawdzone surowce. W planach mam udział w targach i otworzenie się na rynki zagraniczne. Jestem w pełni świadoma potencjału swoich produktów i wiem, że to jest koncept worldwide.

No i tworzę teraz tu – w mojej pracowni w Rembertowie.

I życzę Ci, żeby TheBeeJoy osiągnęło sukces na miarę Apple, Disney, Mattel, Yankee Candle i innych garażowych marek! 😄 Dzięki za rozmowę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

COŚ DLA CIEBIE